Legendy i podania

W czasach bez prasy, radia i telewizji bardzo ważną rolę w życiu ludzi odgrywały przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie podania, legendy i opowieści. Ich treść stanowią relacje o autentycznych wydarzeniach z przeszłości, o przypadkach dziwnych i nieprawdopodobnych, o cudownych i nadprzyrodzonych zjawiskach. Były źródłem wiedzy o własnych dziejach, tłumaczyły zjawiska otaczającego świata, pełniły wreszcie funkcję dydaktyczną. Często spotyka się w nich echa dawnych, przedchrześcijańskich jeszcze wierzeń, wybitne postaci z historii, miejsca z różnych powodów ważne dla lokalnej społeczności. Mogłoby się wydawać, że nasz region jest pod tym względem ubogi. Nie było tu przecież księcia Kraka, ani zjedzonego przez myszy Popiela, nie było zbójców ukrywających w jaskiniach swoje skarby, nie było śpiących rycerzy. Jest to jednak wrażenie pozorne, zestaw tych opowieści w okolicy Białobrzegów jest równie bogaty i różnorodny jak gdzie indziej. Opowiadania te są tylko mniej znane, a większość z nich jest dzisiaj niemal zupełnie już zapomniana. Wszystkie te teksty, występujące niegdyś w wielkiej obfitości, możemy podzielić na kilka grup.

Podania to relacje o faktach z przeszłości. Przekazywane ustnie, nie zawsze zachowały historyczną ścisłość - wieść gminna nie posługuje się datami, często ubarwia wydarzenia motywami obyczajowymi. Jest to jednak ważny element kształtujący tożsamość lokalnej społeczności. Do najbardziej znanych w okolicy należą podania o sośnie Sobieskiego, Różańcu, Wałach Chmielnickiego i przewoźniku Lisie.

Sosna Sobieskiego

Na polach Żołyni, w pobliżu granicy z Białobrzegami, przy drodze rośnie potężna, kilkusetletnia sosna. Jej gruby pień o obwodzie ponad czterech metrów, nakryty baldachimem poskręcanych fantazyjnie konarów jest doskonałym tematem dla malarzy, rysowników. Według przekazywanej z pokolenia na pokolenie tradycji w jej cieniu odpoczywał król Jan III Sobieski podczas wyprawy wiedeńskiej. Podążał wtedy szlakiem na Kraków, przejeżdżając przez Łańcut, gdzie miały dotrzeć oddziały z Rusi. Od Żołyni droga wiodła wąwozem wśród wysokich wydm porośniętych sosnami. Po dotarciu w pobliże Wisłoka, towarzyszący orszakowi królewskiemu poczet ks. Lubomirskiego rozpoczął przygotowywać przeprawę przez bród na rzece. Król Jan wykorzystał przerwę w podróży na odpoczynek w cieniu rozłożystego drzewa, pełnym żywicznego chłodu.

Wały Chmielnickiego

W lasach korniaktowskich w pobliżu granicy z Opaleniskami znajduje się wzniesienie. Bez większego trudu można zauważyć, że naturalna wydma została tu przekształcona w umocnienia ziemne, służące do obrony. Z dawien dawna określano to miejsce nazwą " Wały Chmielnickiego", opowiadając, że w czasie powstania kozackiego tu właśnie doszło do starcia wojsk kozackich z oddziałami polskimi.

Podanie o przewoźniku Lisie

Początek wieku XVII to okres wojen toczonych przez Diabła Łańcuckiego - Stadnickiego z sąsiadami. Obiektem jego napadów był też Korniaktów. Pewnej nocy " wojsko" Stadnickiego przyczaiło się nad Wisłokiem, w pobliżu promu planując napad. Całe zdarzenie obserwował z przeciwnego brzegu przewoźnik nazwiskiem Lis. Na zawiadomienie mieszkańców o niebezpieczeństwie nie było czasu ani sposobności. Przestraszony rozglądał się wokół. Nagle zauważył, że z pnia rosnącego w pobliżu drzewa unosi się słaba poświata. Ostrożnie podszedł bliżej. Blask pochodził od próchna w starej wierzbie. Nie namyślając się długo, odłamał spróchniałą szczapę, obsypał jeszcze próchnem i unosząc ją w górę stanął na wprost napastników. Opanował strach w głosie i krzyknął, że sam miecz świętego Michała Archanioła, który świeci w ciemności wymierzy im karę. Zabijaków Stadnickiego, gotowych zmierzyć się z każdym z ludzi, opanował strach na widok tajemniczego zjawiska. Nie czekając dłużej wycofali się do bezpiecznego Łańcuta.

Opowiadania tłumaczące powstanie nazw miejscowych były bardzo liczne. Stanowiły ustnie przekazywaną kronikę wsi, zawierały " rodowód" miejsc ważnych dla mieszkańców.

Różaniec w Smolarzynach

Na pograniczu wsi Smolarzyny i Białobrzegów jest miejsce zwane " Różaniec". Dziś jest to rozległa łąka otoczona lasem. Niegdyś były to niedostępne bagniska. Stanowiły one schronienie dla ludności w czasie najazdów tatarskich. Uchodząc przed niebezpieczeństwem, mieszkańcy rzucali przed siebie przygotowane wcześniej wiązki chrustu i po nich przeprawiali się na wysepkę leżącą na środku trzęsawiska. Tam zgromadzeni wokół dużego kamienia, odmawiali różaniec, ufając Bożej pomocy. Stąd pochodzi nazwa miejsca.

Baranie Miasto

Między Dębiną i Białobrzegami jest miejsce, które Wisłok opływa niemal wokoło, tworząc w swoim zakolu ciekawy półwysep. Dzisiaj pokryty jest uprawnymi polami, pobudowano na nim domy. Niegdyś było to pastwisko użytkowane przez gospodarzy z obu wsi. Wspólne używanie doprowadziło do sporu, który znalazł swój epilog w c. k. sądzie austriackim. Jego wyrok przyznał sporne tereny mieszkańcom Białobrzegów. Zanim ludzie zaczęli kłócić się o tę ziemię, na pastwisku wypasano stada bydła, koni i licznych w obu wioskach owiec. Bydło, konie często zabierano z pastwiska do gospodarstw, za to barany przebywały na nim praktycznie od wiosny do jesieni. Zwierzęta najbardziej upodobały sobie miejsce w zakolu rzeki i tam najchętniej przebywały. Zwłaszcza w czasie niepogody i na noc przewodnicy prowadzili swe stada w określone rejony zakola, gdzie w przeciwieństwie do swych właścicieli żyły w zgodzie i bialobrzskie i dębińskie. Ludziom kojarzyło się to z jakąś społecznością kierującą się własnymi prawami, rządzoną przez własnych przywódców, toteż miejsce to " Baranim Miastem" nazwali.

Liczne były opowieści poświęcone miejscom dziwnym i tajemniczym, gdzie człowiek mógł się spotkać z czarami i dziwami.

Diabły z Dębiny

Między Głuchowem a Dębiną, wśród rozległych łąk porośniętych kiedyś kępami łoziny, była droga. Od dawna jeździli nią mieszkańcy pobliskich wsi, szczególnie często spotykało się tu wozy wypełnione worami z ziarnem jadące do młyna. Czasami gospodarze byli uczestnikami niezwykłego spektaklu. W miejscu, gdzie droga gwałtownie skręcała, zza kępy łoziny wyskakiwały na drogę nagle dwie postacie kudłate i ogoniaste. W szponiastych łapach trzymali łańcuchy i uderzali nimi o ziemię przed końmi i wozem. Kurz z drogi i iskry z łańcuchów wkrótce otaczały jadącego niczym mgła a i hałas był przy tym ogromny. Gdy woźnica potrafił opanować wystraszone konie i zmusić je do jazdy wprost na owe diabły, one ustępowały przed końmi i nadal wznosząc tumany kurzu wycofywały się do miejsca, gdzie rosła spróchniała wierzba. Tam znikali a z nimi i mgła i harmider. Gdy jednak gospodarz nad końmi zapanować nie potrafił, te starały się uciec jak najdalej i jak najszybciej. Najczęściej kończyło się to połamaniem wozu i rozsypaniem całego ładunku. Gospodarz obity po upadku, wstający w kurzu i rozsypanym ziarnie mógł usłyszeć cichnący w chmurze nad drogą chichot zadowolonych czartów.

Machówka

W Budach Łańcuckich, nad Wisłokiem jest miejsce, zwane Machówką. Kiedyś było ono siedzibą zamożnych gospodarzy, ale gdy zaczęło tam straszyć, gospodarstwo opustoszało, dom rozebrano, pozostała tylko nazwa. No i pozostały dziwne zjawiska: to pies czarny biegał, to stado owiec, nie wiadomo skąd, bo nikt we wsi tych zwierząt nie trzymał, to wichry nagłe targały gałęziami drzew, choć te rosnące nieco dalej stały spokojnie. Jeden z mieszkańców pobliskiej zagrody w 1918 roku wracał w nocy do domu. W pobliżu Machówki ukazały mu się dwa stada owiec pędzące na niego. W obawie przed stratowaniem rzucił się do ucieczki i wpadł do sieni swego domu. Szybko " zaparł drzwi, ale w pośpiechu przyskrzynił między nimi róg płótnianki". Nie mając odwagi otworzyć drzwi, uwolnił się odcinając sierpem przytrzaśnięty kawał odzienia. Innym razem, podczas nocnego połowu ryb w Wisłoku, o północy usłyszał huragan z odgłosem łamanych gałęzi nad Machówką. Szum zbliżał się szybko, ale w pobliżu rzeki zamienił się w ciężkie dudnienie. Na chwilę wszystko ucichło a potem rozległ się łoskot, jakby coś ciężkiego uderzyło o wodę. Zrobiła się ogromna fala. Po chwili woda uspokoiła się, za to na drugim brzegu dało się słyszeć odgłos otrzepującego się z wody konia. Następnej nocy powtórzyło się wszystko tak samo. Najdziwniejsze było to, że na brzegu nie było żadnych śladów. W Budach było jeszcze jedno tajemnicze miejsce.

Jeździec ze Skaprówki

W lesie otaczającym wieś od północnego - wschodu, u podnóża wysokiej wydmy, wąska dróżka prowadziła do kilku zagród. Od stromej ściany wzniesienia miejsce to zwano Skarpówką, co później, dla łatwiejszej wymowy na Skaprówkę zmieniono. Na początku XX wieku sąsiadami byli tu Wojciech Cebulak i Józef Wnęk. Pewnego letniego wieczoru przysiedli obaj na stercie złożonych pod płotem żerdzi. Pogrążeni w rozmowie ani się spostrzegli jak " szarówka" przeszła w noc a na niebo wyszedł okrągły księżyc. Nagle usłyszeli dźwięk dzwonków. Spojrzeli po sobie. Dzwonki ? Przecież lato Na komentarz brakło jednak czasu. Na ścieżce rozległo się szczekanie a po chwili ukazały się na niej dwa potężne psy i jeździec na koniu, odziany w ciemną opończę z kapturem. Psy wpadły na podwórze, chłopi przezornie podsunęli się nieco w górę. Za chwilę na podwórzu znalazł się także tajemniczy jeździec. Gdy odchylił się nieco w siodle, obaj zauważyli, że pod kapturem nie ma głowy. Zanim ochłonęli z przerażenia stała się nowa rzecz dziwna. Oto jeździec zeskoczył z konia, ale ledwo dotknął ziemi, zamienił się w koguta " takiego przeźroczystego, że bez niego na wylot było widać". Na dalszy ciąg diabelskiego spektaklu już nie czekali.

Częstym motywem opowiadań były zarazy. Zazwyczaj ich symbolem był koń. Wynika to z faktu, że klęski te zwykle przychodziły po najazdach tatarskich i wojnach. Jedno z takich dotyczy Woli Dalszej.

Koń z Woli Dalszej

Na granicy Woli i Podzwierzyńca znajduje się kopiec. Na jego szczycie jeszcze w połowie XX wieku stał wysoki krzyż. Starsi ludzie opowiadali, że jest to mogiła zmarłych na cholerę. Kiedy wybuchła zaraza, we wsi pojawił się czarny koń. Galopował przez pola i osiedla z rozwianą grzywą, sypiąc z oczu skrami. Na który dom prychnął, tam w krótkim czasie marli wszyscy. Nie pomagały żadne próby leczenia, koń zbierał przerażające żniwo. Tragedię przerwał pewien kapłan, który pojawił się w okolicy. Podpatrzył szlak biegu konia wokół jego zdobyczy - rosnącego z każdym dniem stosu martwych ciał. Święconą kredą zakreślił krąg wokół stosu, zostawiając w nim wejście. Gdy o północy widmowy rumak wszedł w narysowane koło, kapłan dorysował brakujący fragment. Zamknięty w świętym kręgu koń nie mógł go przekroczyć, a skropiony wodą święconą wskoczył w stertę trupów i już się więcej nie pokazał. Chociaż byli i tacy, co w księżycową noc widzieli go przy pobliskiej kładce przez stare wisłoczysko. Stał tam i kiwając przednim kopytem zapraszał do przejścia.

Zadaniem opowieści dydaktycznych była nauka. Ich bohaterem był najczęściej diabeł przybierający najróżniejsze postacie. Każde spotkanie było niebezpieczne. Diabła należało wcześnie rozpoznać, inaczej człowiek wychodził z takiej konfrontacji przegrany. Dobrze, jeśli tracił tylko czas ulegając czarcim pokusom, czasami można było stracić nawet życie.

Białobrzeskie Łęgi

Łąki między Białobrzegami a Rogóżnem podmokłe były niegdyś i porośnięte łoziną. Prowadziły tamtędy ścieżki w różnych kierunkach. Tędy chodziło się do młyna, do stacji. Wiele osób wybierało tą drogę toteż miejsce upodobał sobie także diabeł. Często pojawiał się przed idącymi i wodził ich po łąkach. Jedną z jego ofiar był mieszkaniec Białobrzegów, Józef Kloc. Na początku XX wieku, jako ułan c. k. armii austriackiej, przyjechał na urlop. Szedł nocą ze stacji kolejowej do domu. Nagle, właśnie na łąkach, zjawiła się przed nim piękna dziewczyna. Kiedy próbował się do niej zbliżyć ona ciągle się oddalała. Zniknęła dopiero kiedy zaczęło świtać, a strudzony całonocną wędrówką wojak znalazł się w miejscu, gdzie ją spotkał.

Wojtuś

W deszczowy wieczór, " o szarówce", wracał Jędrzej z młyna. Zmoknięty, myślami już był w ciepłej izbie, gdy nagle na jakimś dołku wóz się przechylił i koło spadło z osi. Nie było innego wyjścia, trzeba było zdjąć ładunek i koło założyć. Zaczął ściągać worki, gdy zobaczył nieznajomego. Ten podszedł, zaproponował pomoc i po niedługim czasie wóz był gotów do drogi. Jędrzej spytał o zapłatę, nieznajomy zaś odparł, że zadowoli się tym, o czym Jędrzej nie wie, że ma w zagrodzie. Zgodził się chętnie, bo o czym w swoim gospodarstwie mógłby nie wiedzieć. Chciał jeszcze spytać jak owo coś dostarczyć, ale nieznajomego już nie było. Zdziwiony pokręcił głową a że noc coraz bliżej była, wsiadł na wóz i ruszył ku domowi. Dotarł już o " ćmie dobrej", a tu w domu nowina - w południe żona urodziła syna. Jędrzej ze strachem przypomniał sobie słowa nieznajomego. Cóż było robić, pozostało tylko czekać, kiedy nieznajomy przyjdzie i modlić się by trwało to jak najdłużej. Chłopcu na chrzcie nadano imię Wojciech. Chował się dobrze, wszyscy chwalili jego zalety, tylko Jędrzej chodził smutny i strapiony. Pewnego dnia Wojtuś przyniósł do domu dziwną nowinę. Gdy bawił się z dziećmi nad rzeką, na jednym z drzew przysiadł mały ptaszek i wołał: Wojtuś, tyś mój. Jędrzejowi zamarło serce. Ruszył nad rzekę szukać ptaka, ale wrócił z niczym. Gdy po kilku dniach syn przyszedł z tą samą wiadomością, poszedł po radę do dobrodzieja. Ksiądz podpowiedział, by dziecko spróbowało zwabić ptaka do butelki i tę, dokładnie zamkniętą kazał przynieść na plebanię. Gdy jednej niedzieli Wojtek przybiegł opowiadając o kolejnym spotkaniu z ptakiem, Jędrzej wziął przygotowaną zawczasu flaszkę i razem z synem poszedł nad rzekę. Tym razem zdziwiony usłyszał wyraźny głos: Wojtuś, tyś mój, Wojtuś, tyś mój, dochodzący z koron drzew. Po chwili kolorowy ptak usiadł na ramieniu chłopca. Zręcznie schwytany wylądował w butelce, którą Jędrzej starannie zatkał korkiem. Obaj udali się na plebanię. Ksiądz pokropił butelkę wodą święconą a gdy tylko pierwsze krople spadły na szkło, ptak znieruchomiał. W następnej sekundzie butelka wypełniła się czarnym dymem. Ksiądz rozpoczął modlitwę a gdy ją skończył, wyjął korek. Czarny dym w oka mgnieniu uleciał w powietrze a na dnie butelki zostało kolorowe piórko. Jędrzej z synem zanieśli je przed ołtarz i tam ofiarowali Panu Jezusowi za uratowanie chłopca. A Jędrzej odtąd zawsze miał się na baczności przed nieznajomymi. W opowieściach dydaktycznych występowały również postacie świętych. Opowiadania te uczyły szacunku dla religii i innych wartości, ważnych dla ówczesnych ludzi.

Święty Antoni

Święty Antoni cieszył się szczególną popularnością. Jego wizerunki często umieszczano w przydrożnych kapliczkach. W jednej z nich, stojącej w Żołyni, psotnicy dali posążkowi świętego cepy do ręki. Było to przed żniwami, ale w tym roku okoliczni rolnicy nie napracowali się przy zbiorach. W nocy zerwała się burza. Grad spustoszył okolicę tak, że nie było co zbierać.

Kalendarz

Lipiec [2017]

Kalendarz z wydarzeniami
Poniedziałek Poniedziałek Poniedziałek Poniedziałek Poniedziałek Poniedziałek Poniedziałek
01 02
03 04 05 06 07 08 09
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31

Informacje

Dzisiaj jest: Wtorek, 25 Lipca 2017
Godzina: 12:32:36
Imieniny: jakuba, Krzysztofa i Walentyny

Newsletter